piątek, 6 czerwca 2008

O tym, jak waso odzyskała swój bagaż...

ostatnio stanęliśmy na tym, że nie mogłam zadzwonić do Biura Obsługi Bagażu Air France w Delhi, bo skończyła mi się kasa na koncie...

Alex i Toni zaproponowali, żebym zadzwoniła od nich. Najpierw miałam problemy z wybraniem numeru. Nie było podanego kierunkowego. Ponadto przed starymi ośmiocyfrowymi numerami musisz dodać "2". Teraz to wiem :)

Gdy już obczaiłam, jak wybrać numer i tak nie na wiele mi się to zdało - albo nikt nie odbierał, albo było zajęte.

Próba wysłania mejla na podany adres spaliła na panewce (ist gescheitert - lubię ten czasownik, dokładnie oddaję tę myśl). "Podany adresat nie istnieje".

Cóż zatem miałam zrobić? Poszłam ze dwa razy męczyć pana Chowdhary, żeby załatwił to za mnie. Najpierw odesłał mnie z kwitkiem, ale za drugim razem udało mu się jakimś cudem dodzwonić do Air France już za pierwszym razem, podał im nasz adres i nawet dał im swoja komórkę (wtedy jeszcze nie miałam indyjskiego numeru), żeby do niego zadzwonili.

Następnego dnia rano (0 5.30 - czyli na nasze 1.00 w nocy - choć Aniela twierdzi, że jest tylko 3,5h różnicy, to według stref czasowych w Polsce jest czas GTM+1:00, a tutaj GTM+5:30...) obudziło mnie łomotanie do drzwi. Jako że nie miałam piżamy i spałam w majtkach, owinęłam się prześcieradłem. Za drzwiami stało chyba z 6 osób. Pewnie byli ciekawi, jak wygląda biała kobieta o poranku:) Nie za ciekawie, zwłaszcza w takim upale, zapewniam Was, mili panowie :D
Co ciekawe była chyba tylko jedna osoba z Air France, reszta to strażnicy z MDI.

Podpisałam bezmyślnie kilka papierów (nawet nie sprawdziłam, czy bagaż jest ok) i poszłam dalej spać. Tutaj najlepiej mi się śpi między 6.00 a 11.00 rano.

Bagaż był owinięty folią i obwiązany mocną plastykową taśmą (przy okazji lekcja angielskiego "wrapped" i "sealed"). Wszystko jest, nic nie zginęło, butelka z wódką jest cała i zdrowa, gotowa mnie poratować w najgorszych momentach. Tylko nudle, wafle ryżowe i suchary bieszczadzkie dotarły do mnie w sproszkowanej formie. Ale wiem, że gdy nadejdzie ten moment, że będę ich potrzebować, nie będzie grać to żadnej roli.

I wiecie co jest najlepsze w całej tej historii z bagażem? Mogłam wydać 100 EURO na najważniejsze pierwsze potrzeby. Wydałam ok. 60 :) A płaciłam głównie kartą kredytową do konta taty, ponieważ o zwrot tych pieniędzy mogę się ubiegać chyba dopiero po powrocie i będą mi potrzebne rachunki. Z kartą mam tę wygodę, że nawet jak zgubię rachunku, zawsze zostaje wydruk z konta :) Tak więc, tato, nie martw się, na pewno odzyskasz swoje pieniądze.

A co kupiłam i gdzie w Gurgaon można płacić karta? O tym w następnym poście.

Brak komentarzy: