czwartek, 5 czerwca 2008

Ciąg dalszy pierwszych chwil w Gurgaon - WALUTA, WODA, PIERWSZE ZAKUPY.


Dojechaliśmy do szkoły.
W samochodzie była klima, więc po wyjściu z auta przeżyłam kolejny szok i uderzenie gorąca.
Wyszła po mnie Vanita, indyjska studentka. Pokazała mi pokój. Dostałam też numer do Montu, kierowcy.
Okazało się, że fakt, iż zaniedbałam wymianę pieniędzy przysporzy mi dużo problemów. W MDI nie ma żadnego bankomatu, nie ma punktu wymiany walut, nie można płacić w dolarach. Indyjskie studentki nie miały bladego pojęcia, gdzie jest najbliższy punkt wymiany walut. Do tego okazało się, że w pokojach nie ma bezprzewodowego internetu. Kabla oczywiście nie wzięłam. Kabel Vanity okazał się za duży.
Koleżanka Vanity, Lucia sprawdziła, że najbliższy punkt wymiany walut (konkretnie biuro podróży Thomas Cook) znajduję się w Metropolitan Mall, do którego - jak powiedziały - jest blisko. Dla nich blisko oznacza 10-15 min jazdy rykszą. Dlatego na moje pytanie, jak tam mogę trafić na piechotę odpowiedziały zdziwionymi uśmiechami. Poradziły mi, żebym zadzwoniła do Montu, który nie będzie chciał ode mnie od razu pieniędzy, tylko zgodzi sie poczekać, aż je wymienię.

Następnego dnia rano telefon do Montu trafił na sam szczyt mojej listy zadań na ten dzień. Zaraz po prysznicu (w nocy jest gorąco, więc rano czułam się tak samo brudna, jak po całym dniu zwiedzania).

Zadzwoniłam z mojej polskiej karty Playa (całe szczęście, że kupiłam doładowanie za 40zł) do Montu. Umówiliśmy się. Wszystko zmierzało ku dobremu. Niestety Montu nie pojawił się, a kiedy do niego zadzwoniłam okazało się, że chyba wcale nie zamierzał przyjechać osobiście. Powiedział coś o swoim kierowcy i że numer rejestracyjny jego auta to 98... I w tym momencie skończyła mi się kasa na koncie, której oczywiście nie mogłam doładować, bo nie miałam połączenia z internetem.
Byłam załamana.
Pokręciłam się w palącym słońcu dookoła wszystkich miejsc, gdzie Montu mógł myśleć, że się z nim umówiłam. Bez skutku.
Zapomniałam dodać, że brak kasy na koncie oznaczał również, że nie mogłam zadzwonić do Air France, żeby podać im mój adres.
A także, że brak pieniędzy oznaczał, że poza malutkim plastykowym kubeczku z wodą, który zakosiłam z kolacji w samolocie, nie miałam ani kropli wody. Wypiłam ją duszkiem jak tylko znalazłam ją na dnie plecaka. Było to jeszcze we wtorek w nocy.
W pokoju znalazłam termos z zimną wodą. Pierwsza myśl: nie mogę jej wypić - umrę na biegunkę, czerwonkę, zielonkę, czy co tam jeszcze. Druga myśl: umrę z pragnienia. Wygrała myśl nr dwa. Poszłam do Vanity zapytać się, czy jej zdaniem mogę wypić tę wodę. Stwierdziła, że oni wszyscy ją piją i że pochodzi z kraniku z wodą pitną, który znajduje się na każdym piętrze akademika.
Wieczorem przepłukałam tylko usta. Bałam się przełknąć, wodę wyplułam do jakiegoś wiadra.
Następnego dnia rano, gdy okazało się, że nie mam nic na koncie, a Montu nie przyjechał przełknęłam ostatniego obrzydliwego kabanosa i uznałam, że czas podjąć wyzwanie.
I tak zaczęłam pić wodę z kranu w Indiach. Bez żadnego siedzenia w kiblu.
To się chyba nazywa szczęście w nieszczęściu.
W plecaku miałam 3 litry wody z Polski. Mnóstwo jedzenia. Kiełbę, ser, chleb nawet "ser w ziołach" wzięłam.
Ale mój plecak poniewierał się wówczas gdzieś na lotnisku w Paryżu.
Ale wiecie, nawet nie pomyślałam o tym, żeby zacząć płakać:) czyli jednak jestem twarda. Kiedy trzeba:)

Potem było już tylko lepiej.
Po tym jak byłam u Mr. Chowdary poszłam do Mr. Virendera Kumara (bardzo miły starszy, siwiejący pan), który z kolei wysłał mnie do centrum komputerowego i do pana Ganapathy, który opiekuje się studentami programu PGPM czyli Post Graduate Management Programmme. Tam spotkało mnie największe szczęście tego dnia, czyli dwaj Niemcy z Wuppertalu, Alex i Toni, którym nie omieszkałam opowiedzieć o moich problemach z bagażem i brakiem pieniędzy. Zaproponowali, że pożyczą mi kasę. Potem pojechaliśmy także wspólnie na "bazar" w sektorze 14. (ryksza rowerowa w jedną stronę za jedną osobę - 10 Rs - nie dało się stargować). Cieszę się, że mogłam z nimi pojechać, bo nie wiem, czy poradziłabym sobie tak świetnie bez nich. W końcu był to mój pierwszy kontakt z "normalnymi" Indiami, poza ogrodzeniem kampusu. Faktycznie wszyscy bez przerwy gapią się na mnie, ale w żaden sposób mnie nie zaczepiają, co zdarzało mi się wcześniej w Hiszpanii czy Włoszech, gdzie przylepiali się do mnie (i do Siwej, pamiętasz? :D) nachalni Murzyni w dyskotece Black Planet...


Alex w motorykszy

Jednakże chłopaków bardzo to bawi i dziwi, to całe gapienie się.
Mnie też dziwi: wyglądam okropnie. Koszulka, w której chodzę drugi dzień. Nieumyte włosy, bo nie dostałam szamponu w pakiecie od Air France. Cała spocona i czerwona jak burak. Bez makijażu. Nieułożone włosy an "chłopka-jełopka" (Kinia, pamiętasz?:) A jednak się gapią. Może nie mogą się nadziwić, że jestem taka czerwona? :P

Widok zza pleców rykszarza:


PORADA WASO NR 4
Nie odkładaj wymiany pieniędzy na później.


PORADA WASO NR 5
Weź do bagażu podręcznego zmianę bielizny i mydło (nie jest płynne, więc powinni pozwolić wnieść je na pokład samolotu).

Brak komentarzy: