czwartek, 5 czerwca 2008

no i najważniejsze - jak się dostałam z lotniska na kampus i JAK TU JEST?

już dawno wszystkich wzięła cholera, że piszę o wizie, o karcie sim i takich tam...

a jak tu w ogóle jest?

pierwsze wrażenia z Indii:
  • szukałam tego sławetnego zapachu, niby to słodkawego, niby to jakiegoś, ale czułam tylko zapach świeżego tynku i coś jeszcze
  • budynek lotniska jest w opłakanym stanie; jednocześnie rozkopali ogromny teren dookoła starego i remontują stary; to tu, to tam zwieszają się liny, kable i siatki; a także napis "przepraszamy za wszelkie niedogodności"
  • długa kolejka do odprawy; smutni panowie; duszno
  • kolejna karteczka do wypełnienia, podstemplowania przez jednego pana, przejrzenia przez następnego (w turbanie) i zabrania przez kolejnego - niesamowita jest tu skala przerostu zatrudnienia - a mimo to wciąż miliony ludzi są bez pracy
  • hala odbioru bagażu wygląda jak żart na swój temat
  • nie wiem, dlaczego, ale czułam, że tak będzie: mój bagaż został w Paryżu - przyleci dopiero następnego dnia - nawet łzy nie uroniłam, tylko trochę pohisteryzowałam przy odpowiednim okienku, żeby nie stać tam milion lat
  • wypełniłam dokumenty, zostałam poinstruowana, co mam zrobić, żeby dostarczyli mój bagaż pod wskazany adres, dostałam paczuszkę z podstawowymi kosmetykami i tiszertem (ale bez mydła!)
  • i jak przebiłam się przez kolejne odprawy i kolejnych panów w mundurach i gdy już miałam zamawiać pre-paid taxi (o której dowiedziałam się od pewnej Hinduski w samolocie), zobaczyłam tłum oczekujących, a wśród nich (och, mój sokoli wzrok...) karteczkę z napisem MS MARTA WASAG
  • tak się ucieszyłam, że zupełnie zapomniałam wymienić pieniędzy, nie mówiąc o kupnie karty sim
  • po wyjściu z lotniska okazało się, że do tej pory w życiu nie znałam prawdziwego znaczenia słowa "parno"
  • no więc było "parno", wsłuchiwałam się uważnie w siebie, czy mam już zawroty głowy, czy już zaczynam umierać z gorąca - ale nic takiego się nie stało
  • jechaliśmy długo i trochę nie bardzo mogliśmy się z Mantu dogadać - on do mnie w Hinglish, a ja do niego w Polish English:)
  • a ja wpadłam w dobry nastrój, przestało mi zależeć na bagażu i cieszyłam sie, że nie muszę sie stresować, czy przypadkowy taksówkarz mnie nie wywiezie bóg-wie-gdzie i nie zgwałci, a co najmniej okradnie
tu zakończę pierwszą część opisu pierwszych godzin w Indiach - idę spać - u mnie jest 01.28.



a na dowód, że jest już naprawdę nieźle macie to (piję miejscową wodę i nic mi nie jest, na razie.... :)

5 komentarzy:

Unknown pisze...

Czytajac opis lotniska mam tylko jedno skojarzenie - Okęcie:)

Pozdrawiam

Przemek

dessa pisze...

Pogadamy jutro;) Sprawdziłaś czy woda nie wycieka z butelki?

wasazanka pisze...

nie muszę sprawdzać - piję nawet wodę pitną z kraniku w akademiku - a dlaczego jestem taka odważna - już niedługo historia o wymianie pieniędzy... :)

pzdr

Aniellska pisze...

Aquafina?! taka woda jest w Kanadzie, wyczuwam jakas scieme ;))

przeczytalam z zapartym tchem pierwsze relacje. a ten zeszyt o ktorym piszesz na poczatku to TEN zeszyt???

pozdrawiam serdecznie!
ps.
dzis wpada Przemek bedziemy Cie obgadywac:)
A.

wasazanka pisze...

tak, to TEN zeszyt! :)

a wodę piję nawet z kranu, hahaha!

:)