Dziś miałam okazję po raz pierwszy uczestniczyć w zajęciach jogi w Indiach - i oczywiście było inaczej niż miałam nadzieję, że będzie.
Joga jest na kampusie codziennie - o 5.30. Wstałam dziś bladym świtem z nadzieją, że niezauważona przemknę w stroju jogowym na zajęcia, że będzie rześki poranek i w ogóle, że będzie cudownie.
Niestety było trochę inaczej.
Wzięłam oczywiście swoją matę ze sobą. Okazało się jednak, że tu ćwiczy się na dużym rozłożonym na ziemi dywanie. Chciałam położyć swoją matę obok tego niepierwszej świeżości, wysłużonego dywanu, ale nauczyciel pokazał mi gestem, żeby zajęła miejsce przed nim. Powiedział, żebyśmy poczekali jeszcze trochę. Gdy przez najbliższe 3 min nikt się nie pokazał zaczęliśmy nasze indywidualne zajęcia.
Najpierw joga w wydaniu hinduskim wyglądała jak zajęcia korekcyjne w przedszkolu - machanie nogami i rękoma - nic z jogi. Potem była pranayama na siedząco , om i wreszcie pojawiło się kilka asan - najpierw dwa (sic!) podstawowe powitania słońca, potem kilka (około 8) innych asan, w tym świeca, halasana, danurasana, mostek i kilka innych.
Na koniec nie było żadnego słowa pożegnania, ani savasany. Po prostu w pewnym momencie zorientowałam się, że powinnam już sobie pójść. Po chwili nauczyciel zaprosił mnie na następną sesję jutro rano.
Nie wiem, czy będę chodzić. Z jeden strony bardzo bym chciała ćwiczyć, bo już czuję, że po miesiącu niećwiczenia mój kręgosłup stanowczo się tego domaga, ale wolałabym ćwiczyć sama astangę niż taką łagodną hatha jogę. Problem polega na tym, że tu naprawdę nie ma żadnego miejsca, gdzie możesz choć przez chwilę pobyć sam. Nawet o 5. rano było całkiem sporo ludzi na terenie kampusu, a o 6.30 to już prawdziwe tłumy sprzątających kłębiły się we wszystkich zakamarkach kampusu.
Co do świeżości poranka mogłabym porównać ją do brudnej koszuli strażnika pilnującego wejścia do naszego akademika. Było ciepło i duszno - jak zawsze.
Co ciekawostek mogę również zaliczyć fakt, że joga nie odbywa się w żadnym zamkniętym pomieszczeniu, ale w hallu jednego z budynków na terenie kampusu. Gdy ćwiczyłam, towarzyszyło mi kilka par oczu strażników i innych pracowników, ich rozmowy, jakieś hałasy. Trudno jest się skupić.
Widok z okna:

Joga jest na kampusie codziennie - o 5.30. Wstałam dziś bladym świtem z nadzieją, że niezauważona przemknę w stroju jogowym na zajęcia, że będzie rześki poranek i w ogóle, że będzie cudownie.
Niestety było trochę inaczej.
Wzięłam oczywiście swoją matę ze sobą. Okazało się jednak, że tu ćwiczy się na dużym rozłożonym na ziemi dywanie. Chciałam położyć swoją matę obok tego niepierwszej świeżości, wysłużonego dywanu, ale nauczyciel pokazał mi gestem, żeby zajęła miejsce przed nim. Powiedział, żebyśmy poczekali jeszcze trochę. Gdy przez najbliższe 3 min nikt się nie pokazał zaczęliśmy nasze indywidualne zajęcia.
Najpierw joga w wydaniu hinduskim wyglądała jak zajęcia korekcyjne w przedszkolu - machanie nogami i rękoma - nic z jogi. Potem była pranayama na siedząco , om i wreszcie pojawiło się kilka asan - najpierw dwa (sic!) podstawowe powitania słońca, potem kilka (około 8) innych asan, w tym świeca, halasana, danurasana, mostek i kilka innych.
Na koniec nie było żadnego słowa pożegnania, ani savasany. Po prostu w pewnym momencie zorientowałam się, że powinnam już sobie pójść. Po chwili nauczyciel zaprosił mnie na następną sesję jutro rano.
Nie wiem, czy będę chodzić. Z jeden strony bardzo bym chciała ćwiczyć, bo już czuję, że po miesiącu niećwiczenia mój kręgosłup stanowczo się tego domaga, ale wolałabym ćwiczyć sama astangę niż taką łagodną hatha jogę. Problem polega na tym, że tu naprawdę nie ma żadnego miejsca, gdzie możesz choć przez chwilę pobyć sam. Nawet o 5. rano było całkiem sporo ludzi na terenie kampusu, a o 6.30 to już prawdziwe tłumy sprzątających kłębiły się we wszystkich zakamarkach kampusu.
Co do świeżości poranka mogłabym porównać ją do brudnej koszuli strażnika pilnującego wejścia do naszego akademika. Było ciepło i duszno - jak zawsze.
Co ciekawostek mogę również zaliczyć fakt, że joga nie odbywa się w żadnym zamkniętym pomieszczeniu, ale w hallu jednego z budynków na terenie kampusu. Gdy ćwiczyłam, towarzyszyło mi kilka par oczu strażników i innych pracowników, ich rozmowy, jakieś hałasy. Trudno jest się skupić.
Widok z okna:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz