No więc wczoraj mi się dostało.
Dostało mi się od tzw. życia.
Jechałam do Indii z myślą o tym, że pierwsze trzy miesiące studiów to pryszcz w porównaniu do późniejszego studiowania. Że poziom studiów w Indiach jest niższy niż Polsce, a zaliczenie przedmiotów to formalność. Poziom merytoryczny studiów większość moich poprzedników tutaj oceniała na 3-4 (w skali 2-5,5).
Wczoraj na jednych z dodatkowych zajęć (tak, niestety sobotnie "make-up classes" - dodatkowe zajęcia w celu nadgonienia materiału, nie są fikcją, ale oczywistością) uświadomiłam sobie, że te jednak muszę czytać wszystkie artykuły i kejsy zadawane na zajęcia. Na zajęciach nie jest przekazywana żadna wiedza. Są tylko dyskusje w niezrozumiałym czasami Hinglish an temat przeczytanego materiału. Nie studiuje zarządzania i marketingu, więc większość przedmiotów tutaj jest dla mnie czymś nowym.
No więc muszę czytać. Czytanie to mniej więcej 30stron a4 na każde zajęcia, czyli 300 stron tygodniowo. Dla kogoś, kto przeczytał może ze trzy książki przez całe trzy lata, jest to naprawdę ogromny materiał. Oczywiście nie zamierzam czytać wszystkiego bardzo dokładnie - raczej nauczę się skanować tekst.
Tak czy owak, uświadomienie sobie, że poziom nauczania w Polsce i mój własny poziom wiedzy nie pozwalają mi na podróżowanie 4 dni w tygodniu było dość bolesne:)
Poszłam więc do siłowni poćwiczyć astangę jogę (jest specjalna godzina tylko dla kobiet, kiedy przeważnie siłownia stoi pusta, bo Hinduski nie są fankami wyciskania) i trochę się w samotności wyciszyć, spocić i zmęczyć.
Faktycznie żadna inna kobieta oprócz mnie się nie pojawiła. Pojawił się za to mężczyzna. Przedstawił się jako "coacher" (w wolnym tłumaczeniu "trenerowiec"). Najpierw włączył głośną muzykę, więc miałam okazję sprawdzić, jak to jest ćwiczyć jogę w rytm europejskiego rocka. Potem wpadł jeszcze do nas strażnik, żeby uciąć sobie pogawędkę z "coacherem" i popatrzeć, jak pot ścieka mi po twarzy na dekolt i jak mokra plama na plecach i tyłku staje się większa i większa (wbrew powszechnym opiniom joga to nie tylko medytacja i om). Na koniec "coacher" usiadł na jakimś przyrządzie do ćwiczeń i z odległości 2 metrów obserwował moje zmagania z kolejnymi vinyasami i asanami. Podczas savasany towarzyszyły mi dźwięki jakiegoś programu radiowego w hindi.
I wiecie co? Da się tak. Da się tak po prostu wyłączyć i skupić na oddechu. W Indiach nie masz po prostu wyjścia, bo nigdy nie jesteś sam, zewsząd otaczają Cię cały czas inni ludzie. Jest tu ich po prostu za dużo na jeden metr kwadratowy.
--------------
No więc na razie z podróżowania nici. Będę natomiast relacjonować moje postępy w nauce. Na przykład wczoraj zawaliłam kartkówkę, bo nie przeczytałam żadnego artykułu od początku semestru. Myślicie, że powinnam się przejąć? :P
W sumie to nie przejmuję się aż tak bardzo tym, że muszę się uczyć. W pewnym sensie będzie to dla mnie nowe doświadczenie. I miły powrót do esgiehowej lajtowej rzeczywistości, gdzie kilka godzin nauki przed egzaminem w zupełności wystarcza, by zdać, a nawet załapać się na najniższe stypendium.
-------------
Kilka zdjęć:
Zapomniałam napisać, że zaczęło padać. Pada całymi dniami, więc jest wilgotno, ale przynajmniej chłodno (czyli 25st.).
Dostało mi się od tzw. życia.
Jechałam do Indii z myślą o tym, że pierwsze trzy miesiące studiów to pryszcz w porównaniu do późniejszego studiowania. Że poziom studiów w Indiach jest niższy niż Polsce, a zaliczenie przedmiotów to formalność. Poziom merytoryczny studiów większość moich poprzedników tutaj oceniała na 3-4 (w skali 2-5,5).
Wczoraj na jednych z dodatkowych zajęć (tak, niestety sobotnie "make-up classes" - dodatkowe zajęcia w celu nadgonienia materiału, nie są fikcją, ale oczywistością) uświadomiłam sobie, że te jednak muszę czytać wszystkie artykuły i kejsy zadawane na zajęcia. Na zajęciach nie jest przekazywana żadna wiedza. Są tylko dyskusje w niezrozumiałym czasami Hinglish an temat przeczytanego materiału. Nie studiuje zarządzania i marketingu, więc większość przedmiotów tutaj jest dla mnie czymś nowym.
No więc muszę czytać. Czytanie to mniej więcej 30stron a4 na każde zajęcia, czyli 300 stron tygodniowo. Dla kogoś, kto przeczytał może ze trzy książki przez całe trzy lata, jest to naprawdę ogromny materiał. Oczywiście nie zamierzam czytać wszystkiego bardzo dokładnie - raczej nauczę się skanować tekst.
Tak czy owak, uświadomienie sobie, że poziom nauczania w Polsce i mój własny poziom wiedzy nie pozwalają mi na podróżowanie 4 dni w tygodniu było dość bolesne:)
Poszłam więc do siłowni poćwiczyć astangę jogę (jest specjalna godzina tylko dla kobiet, kiedy przeważnie siłownia stoi pusta, bo Hinduski nie są fankami wyciskania) i trochę się w samotności wyciszyć, spocić i zmęczyć.
Faktycznie żadna inna kobieta oprócz mnie się nie pojawiła. Pojawił się za to mężczyzna. Przedstawił się jako "coacher" (w wolnym tłumaczeniu "trenerowiec"). Najpierw włączył głośną muzykę, więc miałam okazję sprawdzić, jak to jest ćwiczyć jogę w rytm europejskiego rocka. Potem wpadł jeszcze do nas strażnik, żeby uciąć sobie pogawędkę z "coacherem" i popatrzeć, jak pot ścieka mi po twarzy na dekolt i jak mokra plama na plecach i tyłku staje się większa i większa (wbrew powszechnym opiniom joga to nie tylko medytacja i om). Na koniec "coacher" usiadł na jakimś przyrządzie do ćwiczeń i z odległości 2 metrów obserwował moje zmagania z kolejnymi vinyasami i asanami. Podczas savasany towarzyszyły mi dźwięki jakiegoś programu radiowego w hindi.
I wiecie co? Da się tak. Da się tak po prostu wyłączyć i skupić na oddechu. W Indiach nie masz po prostu wyjścia, bo nigdy nie jesteś sam, zewsząd otaczają Cię cały czas inni ludzie. Jest tu ich po prostu za dużo na jeden metr kwadratowy.
--------------
No więc na razie z podróżowania nici. Będę natomiast relacjonować moje postępy w nauce. Na przykład wczoraj zawaliłam kartkówkę, bo nie przeczytałam żadnego artykułu od początku semestru. Myślicie, że powinnam się przejąć? :P
W sumie to nie przejmuję się aż tak bardzo tym, że muszę się uczyć. W pewnym sensie będzie to dla mnie nowe doświadczenie. I miły powrót do esgiehowej lajtowej rzeczywistości, gdzie kilka godzin nauki przed egzaminem w zupełności wystarcza, by zdać, a nawet załapać się na najniższe stypendium.
-------------
Kilka zdjęć:
![]() |
| Gurgaon - kampus nocą |
Zapomniałam napisać, że zaczęło padać. Pada całymi dniami, więc jest wilgotno, ale przynajmniej chłodno (czyli 25st.).

10 komentarzy:
Marta,
współczuję - oderwanie się od sghowej rzeczywistości musi być szokiem...;)
Szczerze mówiąc, miałam podobne do Twojego, wyobrażenie o studiach w Indiach.
Ale trzymaj się - dasz radę;)
Pozdrawiam sesyjnie
Kasia
do pracy rodacy, jak to mowia :D
nauka szybkiego czytania po angielsku
Hej Waso,
przyznaję bez bicia - dopiero dziś po raz pierwszy odwiedziłam Twojego bloga. Miałam się uczyć do egzaminu z Finansów przedsiębiorstwa (nota bene z durnych slajdów Kowalewskiego), ale zamiast tego przeczytałam wszystkie Twoje wpisy od deski do deski. Podziwiam Twoją wytrwałość, twarda kobieta z Ciebie :D Czekamy z niecierpliwością na kolejne niusy!
Buziaki :)
Góźdź
O nie, to znaczy, że ja będę musiała się uczyć, że to nie będą 3 miesiące wakacji. Dobrze, że przynajmniej czytać lubię :).
Marta głowa do góry może jak nie co weekend, to może przynajmniej co drugi weekend uda się podróżować :).
Niemcy fajni? Gdzieś pisałaś, że zostają na następny trymestr, więc pewnie ich poznam :).
Justyna,
Niemcy są bardzo spoko. Poznasz ich na pewno. Zostają na dwa semestry i raczej nie planują dalszych podróży, tylko... NAUKę...:D więc będziecie mogli uczyć się razem :)
Niemcy dwa razy bardzo mi pomogli. Przejrzyj posty o bagażu, braku waluty i szukaniu termometru.
Panno Góźdź,
do pracy, a nie jakieś głupoty w komentarzach mi tu wypisywać!
:P
Kasiu,
wydaje mi się, że jakiekolwiek stypendium zagraniczne (lub innne studia w Polsce) wyraźnie daje esgiehowcom do zrozumienia, ze jednak nie jesteśmy tacy zajebisci, jak mogloby się nam wydawać, nie wyściubiając nosa poza uczelnię...
Chyba dobrze bym się odnalazł w tej atmosferze:)
Pozdrawiam
Przemek
Nie planują dalszych podróży? Dziwni jacyś :P, o bagażu itp. czytałam, miło ich będzie poznać i przy okazji może po mieniecku uda się trochę pogadać :). Już się cieszę. :)
Udało mi się załatwić całą papierkową robotę z CRPM i Dziekanatem w 2h :).
Teraz tylko kupić bilet, zaszczepić się na co tam można, a w sierpniu po wizę :).
Phi, sto razy bardziej wolę wypisywać bzdurne komentarze niż odwolać konstruktywną robotę w czasie sesji ;]
Prześlij komentarz