poniedziałek, 30 czerwca 2008

Agra - zwiedzanie

Ponieważ w każdy piątek Tadż Mahal jest zamknięty dla zwiedzających, zwiedzaliśmy cały piątek inne zabytki Agry, które moim zdaniem są naprawdę warte odwiedzenie. I warto to zrobić przed Tadż Mahalem, żeby po TM nie czuć przesytu i nie być rozczarowanym np. Baby Tadż Mahalem.

Na piechotę przez Sadar Bazar dotarliśmy z naszego hotelu do Czerwonego Fortu, który - jak już wcześniej wspomniałam - przerasta kilkakrotnie Czerwony Fort w Delhi.
Próbowaliśmy wytargować cenę dla Hindusów. Niestety w całej Agrze było bardzo trudno przekonać kogokolwiek, że z racji studiowania w Gurgaon zasługujemy na traktowanie na równi z Hindusami. Pan w okienku zszedł jednak troszkę z ceny - zapłaciliśmy 250 Rs (12,5zł) zamiast 300 :) Zawsze coś.



W Czerwonym Forcie spotkaliśmy Angola w podróży dookoła świata, który polecił nam Rishikesh. No i oczywiście Hindusów, którzy chcieli robić sobie z nami zdjęcia. konsekwentnie odmawiam. Zwłaszcza, gdy uświadomiłam sobie, po co im właściwie te zdjęcia. My po prostu wyglądamy śmiesznie... (patrz post o białym człowieku)

Potem motorikszą na drugą stronę rzeki - zobaczyć Baby Tadż Mahal, czyli mniejszą kopię TM, która wcale kopią nie jest. Oprócz tego, że jest również grobowcem, nie widzę żadnych podobieństw.


Ale Baby TM jest śliczny, nad samym brzegiem Dżamuny. Polecam.
Wstęp 100 Rs (5zł).


Byliśmy już nieźle zmęczeni tym zwiedzaniem. Wybraliśmy jedną z restauracji polecanych przez przewodniki - Lakshmi Villa - rzeczywiście tanio i smacznie. Polecam również :)


Papier od jedzenia :)

Co pół godziny z dworca autobusowego odchodzą autobusy do Fatephur Sikri, miasta, które przez kilkanaście lat było stolicą imperium Akbara. Mieliśmy jeszcze trochę sił i czasu, więc wybraliśmy się i tam.

Upewniliśmy się, że ostatni autobus do Agry odchodzi o 7.00 wieczorem i ruszyliśmy zwiedzać (250 Rs - 12,5zł) "martwe miasto". Było całkiem przyjemnie w części, której zwiedzanie było płatne - duże place, dziwne budynki, popołudniowe słońce, długie cienie...



Natomiast w Dżama Masdżid, czyli meczecie, musieliśmy się dosłownie opędzać od "darmowych" przewodników, którzy chwalili się znajomościami z Polakami i bogatym słownictwem, typu "jak się masz?" i "dziękuję". To nie było przyjemne.

Czekając na autobus powrotny poznaliśmy parę z Wielkiej Brytanii i samotnie podróżującą Kanadyjkę. Nie mieli specjalnie dobrego zdania o Hindusach, twierdząc, że wszyscy, jakich do tej pory spotkali, chcieli ich wykorzystać lub coś im sprzedać. My mamy zupełnie inne doświadczenia. Ale może to kwestia otwartości i bezproblemowości Francuzów, którzy poznają i zagadują przypadkowych ludzi na ulicy i w autobusie, którzy nie mają żadnego interesu w tym, żeby nas wykorzystać. Ja osobiście nie poznałam zbyt wielu przypadkowych Hindusów.

Oprócz moich przyjaciółek w Baby Tadż Mahal :)


Następnego dnia wspaniała Clemence obudziła nas o 5.30 rano, żeby zobaczyć Tadż Mahal w porannym słońcu. Już pisałam o porankach w Indiach - są rozczarowująco upalne, tłoczne i nieporankowe. W parku niedaleko od TM o 6 rano były hordy ludzi ćwiczących jogę, dzieci grających w krykieta, ludzi siedzących na ławkach nie wiadomo od ilu już wieków, rykszarzy i bezpańskich psów.



Wstęp do Tadż Mahal jest zdecydowanie drogi - 750Rs (37,5 zł), ale co zrobić. Można sporo zaoszczędzić zwiedzając wszystkie zabytki Agry, łącznie z Fatephur Sikri w ciągu jednego dnia, ale nawet ja (typowy "budget tourist" - czyli turysta za jeden uśmiech tudzież 10 rupii) uważam, że to przesadna oszczędność. Nie ma co się tak spieszyć.

Tadż Mahal jest naprawdę w porządku. Sami sprawdźcie.

Po zwiedzaniu postanowiliśmy przespać się w parku pod TM. To było naprawdę wspaniałe - tak leżeć sobie na ziemi i zapadać w głęboką drzemkę, nie przejmować się niczym, spać...
Niestety o 9.30 zbudziło nas wojsko - o 10.00 TM miał być zamknięty specjalnie na przyjazd jakiegoś VIPa z Nigerii - śmieszne, nie sądzicie? :)

----------

Potem jeszcze pół dnia spędziliśmy w Agrze - łażąc to tu, to tam, jedząc, pijąc orzeźwiające lassi (jogurt do picia z owocami), targując się ze sprzedawcami o rykszarzami. Okazało się, że możemy zatrzymać nasze burżujskie bilety na 2AC - osoby na liście oczekujących przed nami nie wykupiły biletów.
Pociąg spóźnił się niestety 1,5h, w Delhi były korki plus czas na targi z taksówkarzem - łącznie wracaliśmy do MDI 9,5h.



2-poziomowy wagon sypialny z klimatyzacją jest dość komfortowy, nie wali od kibla, każdy ma swoje miejsce do spania i czyste (w miarę) prześcieradła, niestety nie ma żadnych widoków - szyby są zaparowane lub ich w ogóle nie ma. Panuje więc lekki półmrok - sprzyjający odświeżającej czterogodzinnej drzemce.


Łącznie trzydniowa wycieczka kosztowała mnie ok. 160 zł, z czego najdroższe były wstępy.

Brak komentarzy: