Nie wiem, czy ktoś to jeszcze pamięta, ale w Indiach odebrałam niezwykłą lekcję cierpliwości i ignorowania otoczenia. Moim nauczycielem był między innymi "kołczer" - trener w siłowni w MDI.
Przez godzinę, siedząc wytrwale na niewygodnym plastykowym krzesełku przyglądał się moim zmaganiom z ashtanga joga.
Nie przerwałam wtedy ćwiczeń, totalnie ignorując "kołczera".
Pełny opis sytuacji znajdziecie tu "Jak liściem w twarz".
Dlaczego w ogóle o tym piszę?
Otóż dziś miałam niepowtarzalną okazję wykorzystać nabyte w Indiach umiejętności. Poszłam na salę gimnastyczną na swoją codzienną porcję jogi. Ułożyłam się z boczku, żeby nikomu nie przeszkadzać.
I się zaczęło. Najpierw matka z synkiem Michałkiem. "-Michałku, Michałku, poćwicz jeszcze troszkę. Na rowerku jeszcze 5min, proszę Cię, Michałku." A kilkunastoletni Michałek ma swoją matkę w nosie i siedzi na dmuchanej dużej piłce, tak z metr ode mnie. I gapi się na mnie. Usta otwarte, policzki zaróżowione i patrzy, jak wywijam swoje vinyasy. A ja nic, ćwiczę dalej.
Potem mama Michałka wymyśliła rzucanie piłką. Bęc, bęc - tuż obok mnie. A ja nic, ćwiczę dalej.
Potem jeszcze jeżdżenie rowerkiem, też oczywiście tuż obok mnie. I Michałek, jak na złość liczy "-Raz, dwa, trzy... Jedna, dwana, trzyna...". A ja nic, robię swoje trójkąty.
Zaraz otwierają się nieużywane w zimie drzwi do ogrodu - i wparowuje jakiś facet. Zaczyna znosić jakieś pudła do środka. "Zdrowy kręgosłup" - stoi jak wół na pudłach. A lodowaty wiatr owiewa moje półksiężyce. Nie dość tego, zaraz pan "zdrowy kręgosłup" przesuwa na moją matę stół ping-pongowy i krzesełka. I, dawaj, rozstawia jakieś plastykowe kręgosłupy. No nic, zaciskam zęby i stoję na rękach.
No i najlepsze - zdrowa Czterdziecha z Córunią przychodzi pograć w ping-ponga. Wypytuje się Pana Zdrowy Kręgosłup, czy mu przeszkadzać nie będą. Mnie się nie pyta. Rzuca tylko moją stronę "-A ta to ćwiczy tam jeszcze? Medytuje?". Nic nie odpowiadam, jako że stoję na głowię i mam krtań ściśniętą. No więc stoję na głowie i liczę oddechy "raz, dwa, trzy" i po macie biega mi Córunia "ping-pong-ping-pong". Myślę sobie "Indie przeżyłam, i Córunię na macie przetrzymam". I 45 oddechów jak nic. Jeszcze tylko świeca i dałam sobie spokój.
Cały relaks tylko obmyślałam, jak tu objadę zdrową Czterdziechę i jej Córunię.
"-Ja przepraszam - mówię - ja bardzo przepraszam, ja chciałam tylko przeprosić, że się tak głupio z moją matą rozłożyłam. Ja nie pomyślałam, że może ktoś za jakiś czas przyjdzie i będzie chciał pograć. Ja bardzo przepraszam."
"-Nic nie szkodzi" - Czterdziecha odpowiada.
Ludzie to mają tupet. A moralne zwycięstwo i tak jest po mojej stronie. Der Ha Ha Ha.
P.s. A wszystko to działo się na Kaszubach, w Gołubiu, na wasążankowym odwyku od wszystkiego.
Przez godzinę, siedząc wytrwale na niewygodnym plastykowym krzesełku przyglądał się moim zmaganiom z ashtanga joga.
Nie przerwałam wtedy ćwiczeń, totalnie ignorując "kołczera".
Pełny opis sytuacji znajdziecie tu "Jak liściem w twarz".
Dlaczego w ogóle o tym piszę?
Otóż dziś miałam niepowtarzalną okazję wykorzystać nabyte w Indiach umiejętności. Poszłam na salę gimnastyczną na swoją codzienną porcję jogi. Ułożyłam się z boczku, żeby nikomu nie przeszkadzać.
I się zaczęło. Najpierw matka z synkiem Michałkiem. "-Michałku, Michałku, poćwicz jeszcze troszkę. Na rowerku jeszcze 5min, proszę Cię, Michałku." A kilkunastoletni Michałek ma swoją matkę w nosie i siedzi na dmuchanej dużej piłce, tak z metr ode mnie. I gapi się na mnie. Usta otwarte, policzki zaróżowione i patrzy, jak wywijam swoje vinyasy. A ja nic, ćwiczę dalej.
Potem mama Michałka wymyśliła rzucanie piłką. Bęc, bęc - tuż obok mnie. A ja nic, ćwiczę dalej.
Potem jeszcze jeżdżenie rowerkiem, też oczywiście tuż obok mnie. I Michałek, jak na złość liczy "-Raz, dwa, trzy... Jedna, dwana, trzyna...". A ja nic, robię swoje trójkąty.
Zaraz otwierają się nieużywane w zimie drzwi do ogrodu - i wparowuje jakiś facet. Zaczyna znosić jakieś pudła do środka. "Zdrowy kręgosłup" - stoi jak wół na pudłach. A lodowaty wiatr owiewa moje półksiężyce. Nie dość tego, zaraz pan "zdrowy kręgosłup" przesuwa na moją matę stół ping-pongowy i krzesełka. I, dawaj, rozstawia jakieś plastykowe kręgosłupy. No nic, zaciskam zęby i stoję na rękach.
No i najlepsze - zdrowa Czterdziecha z Córunią przychodzi pograć w ping-ponga. Wypytuje się Pana Zdrowy Kręgosłup, czy mu przeszkadzać nie będą. Mnie się nie pyta. Rzuca tylko moją stronę "-A ta to ćwiczy tam jeszcze? Medytuje?". Nic nie odpowiadam, jako że stoję na głowię i mam krtań ściśniętą. No więc stoję na głowie i liczę oddechy "raz, dwa, trzy" i po macie biega mi Córunia "ping-pong-ping-pong". Myślę sobie "Indie przeżyłam, i Córunię na macie przetrzymam". I 45 oddechów jak nic. Jeszcze tylko świeca i dałam sobie spokój.
Cały relaks tylko obmyślałam, jak tu objadę zdrową Czterdziechę i jej Córunię.
"-Ja przepraszam - mówię - ja bardzo przepraszam, ja chciałam tylko przeprosić, że się tak głupio z moją matą rozłożyłam. Ja nie pomyślałam, że może ktoś za jakiś czas przyjdzie i będzie chciał pograć. Ja bardzo przepraszam."
"-Nic nie szkodzi" - Czterdziecha odpowiada.
Ludzie to mają tupet. A moralne zwycięstwo i tak jest po mojej stronie. Der Ha Ha Ha.
P.s. A wszystko to działo się na Kaszubach, w Gołubiu, na wasążankowym odwyku od wszystkiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz