środa, 4 marca 2009

Na bifora do Filha

Sobota, wczesny wieczór. Czas pomyśleć o jakiejś dogodnie położonej i niedrogiej miejscówce na bifora przed gorączka sobotniej nocy. Nieliczne przyzwoite puby w ścisłym centrum - bez rezerwacji mogę zapomnieć o stoliku na 10 osób. Pawilony na tyłach Nowego Światu - czemu nie, ale w 10 osób? Do tego ten wszechobecny dym papierosowy. Domówka - czemu nie? Tylko dlaczego tak trudno potem wyjść z mieszkania na miasto, a potem nagle okazuje się, że jest już grubo po północy, a do drzwi puka policja z kolejnym mandatem za zakłócanie ciszy nocnej? Do parku na szybkie pół litra - to dobre dla małolatów, którym nie podaje się alkoholu w lokalu.

I oto na horyzoncie pojawia się ZUPEŁNIE ŚWIEŻA i EKSCYTUJĄCA propozycja chodźmy na bifora do Filharmonii. Za przyzwoite miejsce z legitymacją studencką zapłacę 15-20 zł i 2 godziny z głowy. Pewnym, utrudnieniem jest fakt, że bilety trzeba kupić ze znacznym wyprzedzeniem a legitki należy okazać już przy kupnie biletu. Mniejszym grupom polecam zakup biletu od stałych bywalców czatujących na potencjalnych kupców w hallu Filharmonii przed koncertami.

Oczywistym jest, że w Filharmonii nie spotka się znajomych ze szkoły, rozwodnionego browara za dychę też się tu nie podaje. Filharmonia oferuje śmiałkom, którzy odważą się przekroczyć jej próg, zupełnie inne rozkosze. Przede wszystkim można poczuć się niesamowicie młodym (nawet, gdy zbliżamy się niebezpiecznie do magicznej granicy ćwierćwiecza) - średnia wieku bywalców Filha oscyluje koło siedemdziesiątki. Co jednak ważniejsze, zwłaszcza dla nieustannie zabieganych studentów, to niezwykłą, niepowtarzalną wręcz, możliwość spędzenia dwóch godzin na rozmyślaniach, nieprzerywanych telefonami od headhunterów, bez pokusy sprawdzania gmaila co 2 minuty, bez możliwości zerkania na notowania giełdowe czy tez obczajenia fotek znajomych na fejsbuku (co kto woli). Dwie godziny: tylko ja, fotel i muzyka - polecam.

Inna sprawa, że koncert fortepianowy g-moll op. 25 F. Mendelssohna czy IV Symfonia G-dur są całkiem przyjemnymi kawałkami, które są nawet w stanie wyrwać mnie z gonitwy myśli i skupić uwagę na zaskakujący długi czas. A w przerwie nagle zamiast tych samych od lat tematów, porusza się całkiem świeże: czy dyrygent musi być mistrzem gry na flecie? dlaczego oklaski w Filharmonii trwają tak długo? itp.

Polecam Waszej uwadze Filha, gdy następnym razem znajdziecie się w sytuacji gorączkowego rozkminania "gdzie idziemy w sobotę?". Tylko nie zdziwcie się, gdy po dwóch godzinach medytacji w czerwonym fotelu przejdzie Wam ochota na szalone baunsy w spoconym tłumie i walkę przy barze, by zamówić kolejnego rozwodnionego browara za 10 PLNów.

Brak komentarzy: