piątek, 11 lipca 2008

Post o wielu tytułach.

Nie mogłam się zdecydować na żaden z tytułów, który opisuje mój stan i mój dzień. Oto niektóre z tych, które mi przyszły do głowy w autobusie relacji "gdzieś w Delhi" - Qutub Minar:

Waso na tropie szczęścia.

Jak sprawić, żeby waso czuła się jak w niebie?

Such a perfect day.

Sam lepszy...

Najlepsza decyzja w życiu

Waso w akcji.


"Co się stało" - zapytacie. Zakochała się? Otóż nie.

Aby wywołać szeroki uśmiech w środku waso, wystarczy:
  • wypuścić waso ze szkoły
  • pozwolić jej używać karty kredytowej
  • i wydać dużo pieniędzy
  • dać jej pobyć sama ze sobą
  • dodać szczyptę szczęścia zwanego "luck" i może odrobinę masali?
Byłam dziś w Delhi. Nie używałam taksówek, nie spałam w hotelu, nie jadłam w najdroższej restauracji, nie zwiedzałam Tadż Mahalu, a wydałam tyle samo, co na trzydniową wycieczkę do Agry :)

I jest mi z tym dobrze. Kupiłam wspaniały szal. Za drogi, ale się nie przejmuję. Następny kupię tańszy, albo w ogóle nie kupię. Albo sprezentuję ten komuś. Kupiłam wspaniałe prezenty (nie powiem jakie i dla kogo, poczekajcie trochę:), i przez przypadek zamówiłam w restauracji dwa obiady.

A z tym szalem to było tak, że chciałam zobaczyć najdroższe szale najwyższej jakości w Central State Cotton Emporium ("państwowy" sklep z ustalonymi cenami i najwyższą jakością), żeby mieć jakieś pojęcie o cenach i jakości zanim rzucę się w wir zakupów na bazarach.

Niestety nie wyszło :) Rykszarz zrobił mnie w bambuko, zabrał do innego, zwykłego, drogiego sklepu, a ja nie dość, że nic nie powiedziałam rykszarzowi, nie dość ,że weszłam do tego sklepu i wcale nie poszłam potem do tego państwowego, ani na żaden bazar, to jeszcze kupiłam tam bardzo drogi szal z kaszmiru. Ale dostałam 10% zniżkę od obsługującego mnie sprzedawcy jako wyraz jego respektu dla mnie i że taka piękna pani jestem (a tu mi czołg jedzie :P).

Ale co tam. Jeszcze pójdę na bazar, a co się nadotykałam najwspanialszej wełny na świecie - paszminy to moje. Kto chce szal z paszminy? Jedyne 350 zł! (7000 Rs) - dla porównania -miesiąc mieszkania i wyżywienia w MDI - 275 zł (5500 Rs). Warto - waso poleca!

Oprócz zakupów byłam na Rajpath i widziałam domek prezydenta, i Bramę Indii (szmit), i kąpiących się w fontannie chłopaków (miałam wielką ochotę wskoczyć razem z nimi).



Odwiedziłam też Muzeum Rzemiosła, które było dość nudne, ale niezwykłe z tego powodu, że miałam tam niesamowitą okazję pobyć przez 10 sekund sama w ciszy. Czułam się przez te 10 sekund wspaniale, i uświadomiłam sobie, że już zapomniałam jak brzmi cisza. W Indiach nigdy nie jest cicho. Cisza jest dużo warta. Podobno ktoś słyszał ją na pustyni. Chyba pojadę sprawdzić.

I jeszcze zrobiłam tam trochę nielegalnych zdjęć (legalnie można było robić tylko z zewnątrz budynku - mimo że uzyskałam nawet specjalne zezwolenie).



Fajny był też Khan Market, i zimna kawa na tarasie kawiarni, i sklep z materiałami biurowymi, i wspaniała księgarnia, w której poczyniłam kolejne zakupy - jedyne 50 zł za 4 książki, w tym przewodnik Lonely Planet po południowych Indiach, English Grammar in Use wydawnictwa Cambridge (5zł! - w Polsce chyba z 50zł), Kim Rudyarda Kiplinga (marzyłam o tym, żeby przeczytać tę powieść będąc w Indiach) i podręcznik do nauki pisania i czytania Hindi :)

Muszę też wrócić do Lodi Garden - widziałam je tylko zza płota, wyglądały na miejsce, gdzie naprawdę można się zrelaksować.

I do metra. Byłam w metrze, co również sprawiło mi niezwykłą przyjemność. Nie zrobiłam niestety żadnych zdjęć.
Śmieszne jest to, że każdy wchodzący musi okazać swoją torbę do przeglądu - sprawdzają, czy nie wnosi się broni :P Byłam w metrze około 14.00, była tylko jedna bramka do sprawdzania - boję się pomyśleć, co tam się dzieje rano, gdy wszyscy spieszą się do pracy...

Dużo dziś przemieszczałam się na piechotę po Delhi - brakowało mi tego. Ciągle tylko te ryksze i ryksze...

I poznałam dużo ludzi. Jedne pan powiedział mi, że "też mnie kocha", inny znał nazwę naszego kraju po polsku i powiedział, że lubi polską kulturę (jasne :P), rykszarz (ten, co mnie zrobił w balona) zapytał, czy mamy teraz "lód" w Polsce.
Dziewczyna w autobusie zapytała, czy podróżuję sama i bardzo się zdziwiła, gdy powiedziałam, że tak i że nie znam hindi, ale daję sobie radę.

Wspaniały był również autobus klasy lux, którym miałam okazję dziś wracać pod Qutub Minar. Tak naprawdę był to przyczajony lux autobus - z zewnątrz, jak również od wewnątrz wyglądał jak każdy inny stary autobus w Indiach. Ale, ale! Pan Kasownik kazał jakiemuś chłopakowi ustąpić mi miejsca :), tylko dlatego, że jestem "lady" i nie traktował mnie gorzej z powodu mojej biednej biało-czerwonej skóry. Ponadto grała muzyka, którą kierowca przyciszał, gdy Pan Kasownik ogłaszał następny przystanek lub nawoływał potencjalnych pasażerów (wygląda to identycznie jak w Ałma Acie, z tym że nie trzeba krzyczeć "ostanawties, pażałusta" - sami zatrzymują się na każdym przystanku, ani "zadnije dwieri otkrojtie!" - bo nie ma drzwi). I chłopak siedzący z przodu autobusu, którego mogłam widzieć w dużym lusterku kierowcy (i vice versa) śpiewał dla mnie :) I zatrzymali się specjalnie dla mnie, żebym miała bliżej do mojego kolejnego przesiadkowego przystanku.

Potem wsiadłam do złego autobusu i myślałam, że nigdy nie może być tak, że cały dzień jest różowy i oczekiwałam, że mój właściwy autobus do Gurgaon albo nie przyjedzie, albo będzie tak załadowany, że nie dam rady wsiąść. Ale nic takiego się nie stało, a Pan Kasownik zaproponował mi, żebym usiadła na siedzeniu obok niego (normalnie zajmuje dwa), co było bardzo miłe z jego strony. A potem był wielki korek przy Ifko Chołk (rondo IFFCO) i kierowca zmienił trasę tak po prostu. Z tym że zmieniając trasę akurat ominął mój przystanek i znowu się martwiłam, że mnie gdzieś wywiozą niewiadomogdzie, ale nic sie takiego nie wydarzyło i cały autobus nagle się przejął, żebym na pewno dotarła do bram MDI, i sie jeszcze wychylali za mną z autobusu machając do mnie i pokazując właściwy kierunek, mimo że w zasadzie byliśmy jakieś 100 metrów od MDI, tyle że z innej strony.

Cudo dzień.

Chcę więcej.

Więcej zwiedzania, poznawania, bycia samą ze sobą. Tak jest. - Waso lubi wasążankę, nieprawdaż wu es żet? - Zgadza się, mój wasągu. - Ech ta Marta Anna... - westchnął seler, tudzież inne warzywo.

No cóż, jestem szczęśliwa dzisiaj. I jak byście nie byli zazdrośni - tak właśnie jest. Ale nie jestem samolubem, dzielę się moją radością i pozytywną energią z Wami.

A co do dwóch obiadów, to czas na:

POradę waso nr 7
Zawsze zapytajcie, czy ryż, który właśnie zamawiacie jest osobnym daniem czy dodatkiem.

Ja myślałam, że (pyszny, jak się okazało) ryż pomidorowy (Tomato Rice) jest osobnym, OGROMNYM daniem, którym mogłabym spokojnie podzielić się z Kryste i jeszcze zostało by dla Karola i Voro :). Do ryżu zamówiłam jeszcze dwa naleśniki z warzywami. Zjadłam jakieś 10% tego wszystkiego, a musiałam zapłacić za 100%.
Przy okazji polecam: restaurację Banana Leaf - sektor N przy Connaught Place. Za mój strasznie drogi podwójny obiad zapłaciłam 10 zeta, co jest dużo w Indiach, ale... jakoś to przeżyłam :) Dania rzeczywiście są podawane na liściu bananowym!

Na koniec zdjęcie szczęśliwej waso:


I wszystkie foty:
Indie - Delhi - szczęśliwe waso

10 komentarzy:

Aniellska pisze...

tak czytajac to... pomyslalam ze faktycznie czytam tekst szczesciary, i choc to nie nie moje klimaty te cale Indie... zapragnelam przezyc to co Ty :-) ale juz wracam na ziemie ;-)

ciesze sie po prostu, ze ty sie cieszyc. ja mialam w Kanadzie jeden taki radosny dzien tez. ale ze to Twoj blog. to sie nie bede rozpisywac. w koncu mam swoj ;-) pzdr!

Aniellska pisze...

ale napisalam wyzej. jakby Kali jesc kali pic , a co ;-) a tak dla uscislenia to wiecej bylo radosnych dni... ale jeden jakis taki szczegolny. pozdr!

dessa pisze...

"podręcznik do nauki pisania i czytania Hindi"
Waso, proszę, pamiętaj, żeby nauczyć się wymawiać tę szczególną głoskę będącą gdzieś pośrodku między 'w' i 'ł'! :)

Ja w Londynie wypożyczyłam książkę do nauki Hindi i na tej literce właśnie odpadłam. Ale ty tam masz nativów wszędzie dookoła, na pewno dasz radę. :)

wasazanka pisze...

z tego co zauważyłam, to onie nie wymawiają "ł" :)
mówią np.: wi ar students. wer ar ju? waj ar ju so wajt?

:PPP

ja odpadłam na czterech rodzajach "d" :(

Justyna pisze...

Chyba lepiej się najpierw nauczyć całych wyrazów a później je rozbierać na "literki".
Ja już jakiś czas temu kupiłam sobie książkę do hindi, ale ostatnio nic z niej nie robiłam, może w sierpniu trochę mi się uda poduczyć, a po drodze oklądam sobie bollywoody :), może dziś wieczorkiem jakiś sobie zapuszczę? :)

Anonimowy pisze...

nie wiem, czy zapomniałam jak brzmiał mój login, nie wiem, czemu nie moge po prostu wpisac i wyslac! moje internetowe problemy;) zaglądałam tu przez cały czas, choc nic nie pisalam.

Zazdroszczę i podziwiam. Muszę w końcu wybrac się w taką niesamowitą podróż;)

wasazanka pisze...

Justyś! :***

Bałam się, że już straciłam mojego poznańskiego czytelnika!

koniecznie: gg tudzież skype!

pzdr

ps.nie lubię spamu - stad to logowanie...

Unknown pisze...

cieszę sie że piszesz językiem zrozumiałym dla 40 +

Unknown pisze...

W Alma - Aty goscie tez jezdzili innymi trasami jak byl korek.

To byly korki wtedy :)

No, powiem Ci Babel, ze jak to opisujesz, to czuje sie tak jakbym tam obok Ciebie tez byl, zrobiony w jajo i oszukany na szaulu i spotkal mnostwo smiesznych ludzi w Autobusach

Tak trzymaj!

wasazanka pisze...

no, staram się! a co! :)