poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Impreza w Mojo - nareszcie

Przez całe trzy miesiące męczyłyśmy naszych znajomych, zarówno studentów z wymiany, jak i Hindusów, żeby KTOKOLWIEK poszedł z nami na imprezę, inną niż organizowaną na dachu akademika, czy w stołówce. Bezskutecznie.

Wreszcie w zeszłą sobotę udało nam się namówić Mohita, Anunaga i Alexa, żeby pojechali z nami na imprezę. Było całkiem śmiesznie, zwłaszcza na początku, gdy zamiast jednej taksówki zamówiliśmy dwie, i na dodatek nie mieliśmy pojęcia, który klub wybrać.

Ostatecznie wylądowaliśmy w Mojo, w jednym z centrów handlowych (wiem, jak to brzmi, ale w Warszawie też jest klub w Blue City...).

Impreza była bardzo udana, tym bardziej, że nie musieliśmy płacić nic na wejściu (a Romain i Bashir z przyjaciółmi musieli zapłacić po 500 Rs (25zł) za sam wstęp. Drinki tanie, a muzyka do zaakceptowania (trochę bollywoodzkich hiciorów, potem housy). Wreszcie mogłam się wytańczyć, bo była klima i nie pociłam się jak w saunie :D

Niestety już o drugiej w nocy obsługa klubu w samym środku jednej z piosenek wyłączyła prąd, aby zmusic niepokornych gości do opuszczenia lokalu. Cóż zrobić. Pojechaliśmy taryfą do takiego śmiesznego miejsca koło dworca kolejowego Nizammudin. Miejsce to można porównać do kebaba na rogu Świętokrzyskiej. Ożywa głównie w nocy i gromadzi imprezowiczów z całej okolicy, zgłodniałych po imprezie (większość klubów zamyka się koło 1-2 w nocy:( ). Polecam!


Anunag i Mohit (od lewej)


z Alexem, nasza ostatnia wspólna impreza w Indiach :(




Bashir, maj frjend, będę tęsknić...


Sjahrina i Anunag, czyż nie wyglądają uroczo razem? Niestety Sjahrina była twarda i oparła się urokowi Anunaga :(


Romain, dobry tancerz i kumpel; oryginał, który wypożycza sobie motor "ot tak" i rusza w nieznane, do Ladakhu, Rajasthanu...


Brak komentarzy: